CzasWina.blogspot.com
Blog redakcji magazynu "Czas Wina" - największy polski magazyn winiarski na żywo!
wtorek, 11 października 2011
Gus Gus czyli jak to się robi w Islandii
Jeżeli chodzi o islandzkie zespoły/artystów muzycznych, najbardziej lubię obecnie Gus Gus. Kiedyś, owszem, w mej świadomości były Sigur Rós i Múm. I oczywiście Björk. Dziś pozostał jedynie lekki sentyment do całej tej paczki, a na fali transowej elektronicznej percepcji w obu komorach serca króluje obecnie kolektyw Gus Gus. Dziś w jego składzie jest 5 osób: trzech wokalistów i dwie osoby odpowiedzialne za tworzenie muzyki. Kwintet to doskonały, również na scenie, co można było naocznie i nausznie sprawdzić w ubiegłą niedzielę we wrocławskim klubie Eter. Zespół promuje swoją ostatnią płytę Arabian Horse.
Gus Gus zaserwowali około półtoragodzinny set muzyczny, transowy i energetyczny. Muzycy okazali się wirtuozami na scenie, bawiącymi się dźwiękami aż tak, że chyba niekiedy i najwięksi fani mieli problem z prawidłowym rozpoznaniem właśnie trwającego utworu. Choć koncert rozpoczął się bez niespodzianek, bo od Selfoss otwierającego ostatni album grupy, to w miarę jego trwania nic już nie było oczywistością. Suity płynnie przechodziły jedna w drugą. Tytułowy Arabian Horse, dalej Within You, Changes Come, Deep Inside i wreszcie Magnified Love. Owszem – wszystko to świeże kompozycje. Muzycy przeplatali je jednak ze starszymi – niepostrzeżenie, gładko, filuternie. Add This Song trwało chyba ze 20 minut! Wychodząc na bisy, zespól zaskoczył utworem David i absolutnie nie zdziwił singlowym Over, którego zresztą domagała się publiczność. Z wcześniejszych kompozycji zabrakło bodaj (nie licząc tych z dwóch pierwszych albumów) tylko jednej – Hateful – a szkoda, bo Daníel Ágúst Haraldsson był w doskonałej formie.
Początkowo muzycy zdawali się być lekko zdziwieni aż tak gorącym i entuzjastycznym przyjęciem, ale w miarę rozwoju koncertowej sytuacji znaleźli wspólny eter z publicznością i bawili się i oni znakomicie. Tzw. „poszukiwanie szczęścia na podłodze” udzieliło się obu wokalistom, doskonale zresztą pląsającym po scenie. Nieważny był ich strój, nawiązujący raczej do stylu hipisowskiego lub gotyckiego niż markowo oznakowanego, częstego w house’owych kręgach muzyków i DJ’ów. Okazuje się, że długie włosy nie przeszkadzają w odtwarzaniu na żywo deep house'u ani w śpiewaniu takim, które wywołuje ciarki na plecach, a wokalizy i rozmaite tzw. herezje wokalne w ogóle słuchaczy nie dziwią…
Mam nadzieję, że w przyszłości klimat nie zmieni się aż tak, że państwo ze stolicą w Reykjavíku będzie w stanie produkować na swym terenie wino. A jeśli Matka Natura okaże się dla Islandczyków w tym temacie nad wyraz łaskawa – tuczę, że jednak nie dożyję islandzkich win… Choć – patrząc przez perspektywę islandzkiej muzyki – może warto? Pinot noir o smaku rieslinga? A może syrah z niuansami sauvignon blanc?
Hm... w tym momencie wolę jednak pinotage z Południowej Afryki...
środa, 22 czerwca 2011
Nie tak do końca do szklanki
Próbę rozwikłania zagadki i dojścia do mechanizmów wybierania i decydowania o winach w polityce podjął wczoraj Wojciech Bońkowski co na bieżąco referuje na swoim blogu. Dzięki Wojtku i brawo za determinację. Faktycznie ministerstwo coraz bardziej miesza się w zeznaniach. Dobrze by to wyjaśnić i dowiedzieć się kto i w jaki sposób dobiera trunki na najważniejsze stoły Rzeczypospolitej.
Wracając jednak do naszych rodzimych win. To ja się trochę nie dziwię, że minister i jego degustatorzy mieli kłopoty z wybraniem odpowiednich win z polskim rodowodem. Naturalnie znamy kilka, może kilkanaście winnic, w których można spotkać dobre lub nawet bardzo dobre polskie wina – ale czy to wystarczy? Pamiętajmy, że na tego typu spotkaniach goście przyzwyczajeni są do trunków najwyższej klasy. A Polska jak na razie nie jest i pewnie nigdy nie będzie regionem winiarskim pierwszej ligi. Mamy natomiast po sąsiedzku kilka doskonałych regionów węgierskich, gdzie powstają wina, które od stuleci podawane były na polskich stolach. We dworkach, w pałacach i na królewskim dworze. Pewnie także podczas międzynarodowych spotkań. Trzymajmy się więc tradycji. Chwalmy się tym co mamy najlepsze, a nie tym co najlepsze mieć będziemy … kiedyś.
środa, 20 kwietnia 2011
Zacznijmy od jajka
Jest jeden rodzaj wina, które da sobie radę z jajem. To wytrawne wzmacniane specjały z południa Europy. Na przykład andaluzyjskie sherry – manzanilla. To niezwykle wyraźne wino dzięki dojrzewaniu w beczkach i wyższej zawartości alkoholu (15%) jest na tyle intensywne, by przedrzeć się przez jajeczną ofensywę. W Hiszpanii mocno schłodzona manzanilla często podawana jest do tapasów – drobnych przekąsek podawanych w licznych barach. Są to różnego rodzaju wędliny, sery, omlety czy pieczone warzywa. Nasze wielkanocne śniadanie to też trochę takie tapasowe przyjęcie – zimne mięsa, wędliny, sałatki, no i jajka – manzanilla będzie jak znalazł. A na deser, do bakaliowych mazurków i makowców świetnym towarzyszem będzie słodka wersja andaluzyjskich win – sherry cream. Może warto zatem i to wino zapakować do wielkanocnego koszyczka.
piątek, 15 kwietnia 2011
Zupa z grilla
Kilka lat temu wraz z naczelnym pojechaliśmy do Urugwaju za zaproszenie tamtejszego ministerstwa rolnictwa. Wiadomo – wyjazd dziennikarski – winnice od rana do wieczora, w każdej degustacja, a po degustacji poczęstunek – naturalnie coś regionalnego, co w danym kraju jest najlepsze. W Urugwaju – sprawa oczywista – tym „cosiem” jest asado – czyli pieczona na grillu wołowina. Mięso tak wysokiej jakości, że zdaniem autochtonów niewymagające macerowania, przyprawiania, a niekiedy nawet solidnego wypieczenia. Naturalnie trzeba spróbować, jest bardzo dobre – ale co za dużo, to nie zdrowo.
Pierwszy posiłek – lunch – dostaliśmy asado, na obiad także niemal wyłącznie grillowane części wołu, a na kolację, tak dla odmiany – wołowina. Kto choć trochę zna Wojtka Gogolińskiego, wie, że uznaje on mięso jedynie w formie gulaszu lub bitek w sosie. A najlepiej, by to mięso było zupą – koniecznie z ziemniakami.

Niestety, pierwszego dnia nie było nam dane spróbować niczego poza mięsami. Następnego dnia zaproszono nas do Mercado del Puerto – największej atrakcji kulinarnej Montevideo. Kto się jeszcze nie domyśla – prawie 90 procent dań to… grillowane na rusztach różne części wołowiny. Podano nam pełen wybór antrykotów, polędwic, wędlin i podrobów. Gogol zjadł jedną kiełbaskę i spasował. Ja usiłowałem wydłubać kawałki mięsa spośród żeber wołowych, natomiast towarzyszący nam dziennikarz, będący jednocześnie wykładowcą na jednej z polskich uczelni, zajadał z apetytem kolejne porcje krwistego mięsa, doceniając osiągnięcia urugwajskiej kuchni. Wojtek patrzył na to z miną wyrażającą równocześnie podziw i zniesmaczenie. Aż wreszcie przemówił. – Panie profesorze, krew panu cieknie po brodzie – zauważył uprzejmie i rzeczowo…

I tak było przez następne dni. Próbowaliśmy doskonałych tannatów i usiłowaliśmy jeść asado. Wojtek jadł coraz mniej. Chudł w oczach – bałem się, że jego waga może spaść poniżej stu kilogramów. Jeszcze bardziej zmartwiony był nasz przewodnik, mieszkający od lat w Montevideo Polak. Gdy po raz kolejny Gogol zapytał, czy naprawdę w całym Urugwaju nie da się zjeść normalnej zupy, nie wytrzymał i obiecał, że sam w takim razie ugotuje Wojtkowi zupę. A jaka ma być? – A kapuśniak! – odparł coraz bardziej wyczerpany Gogol. Jakież było nasze zdziwienie, gdy następnego dnia nasz przewodnik zaprezentował nam duży słój kapuśniaku – tak jak trzeba, z ziemniakami i boczkiem. Podczas odwiedzin w kolejnej bodedze, gdy przyszła pora obiadu i nieszczęsny kucharz już ściągał z rusztu kolejne porcje na pół surowego mięsa – my z nieskrywaną radością wyciągnęliśmy nasz kapuśniak, kazaliśmy go sobie podgrzać i podać. Nie wiem, co bardziej utkwiło mi w pamięci – osłupienie naszych gospodarzy czy dziecięca wręcz radość i szczęście malujące się na twarzy Wojtka, który w końcu mógł zjeść zupę. W dodatku zupę z ziemniakami.
wtorek, 1 marca 2011
Im starsze – tym lepsze?
Wspominam o bieżących wydarzeniach muzycznych, mając na myśli niedzielny występ zespołu Young Gods w Krakowie. Stylowy szwajcarski kwartet zakończył tu swą minitrasę koncertową po Polsce, zaaranżowaną tuż po wydaniu ostatniej płyty Everybody Knows. Zespół stworzył osobliwą ścianę dźwięku, która jednak nie ogłuszała, lecz swym wibrowaniem prowadziła swoisty dialog z publicznością.Prócz całego niemal albumu Everybody Knows panowie zaprezentowali Skinflowers i Gasoline Man z krążka T.V. Sky. Energii – nie tylko muzycznej – którą promienieli podczas niemal dwugodzinnego koncertu, mogą im pozazdrościć niejedni wylakierowani chłopcy (np. gwiazdy jednego hitu – oszczędni aż do granic teatralności w swej obecności na scenie – Hurts). Taki trans, jaki wykreowali ojcowie ambientowego industrialnego rocka, można by porównać z najlepszą Portugalią czy Riberą del Duero. Ale! – była to hipnoza niepozbawiona lirycznej zwiewności nowozelandzkich viognierów czy rasowych chablis… [ale niestety takich bar nie serwował]
Zatem porzekadło – Kobiety są jak wino – im starsze, tym lepsze – można chyba uznać za prawdziwe tylko w połowie – tej dotyczącej płci pięknej.
PS Najstarsze wino, jakie piłam, to Château Canon 1er Grand Cru Classé Saint-Emilion, rocznik 1975. Znawcy orzekli, że swój najlepszy moment niestety ciut przeczekało… A mnie po prostu nie smakowało. Natomiast po niedzielnym koncercie z ręką na sercu mogę powiedzieć, że: Young Gods im starsi – tym lepsi.
sobota, 15 stycznia 2011
Chardonnay i Bryan Ferry
Jest dosyć późna pora, bo 2.39. Do rana coraz bliżej i nie wiadomo już, czy zostać na nogach, czy paść bezbronnie na łóżko (Virginia Woolf nie miałaby tego problemu). Sytuacja bycia jedynym homo sapiens na tych zamkniętych kilkudziesięciu metrach kwadratowych (bo przecież kotów ani pasztetu sojowego w piekarniku liczyć nie mogę, choć i ci pierwsi i ten drugi przejawiają oznaki człowieczeństwa – o tak!) to poniekąd sytuacja bardziej komfortowa, niż gdybym była w towarzystwie i sączyła od kilku godzin (jakiś) alkohol.

Niejeden zatrzyma się w tym miejscu i zastanowi, jak długo jeszcze enigma ta potrwa. Już niedługo! Bo – chodzi mi oczywiście o – wino. Tzw. nocne Polaków rozmowy lub nawet ich brak, a w zamian – wielość rozmaitych przemyśleń nad miską mielonej soi lub krnąbrnych marchewek i pietruszek [kto choć raz mielił warzywa niedawno zakupioną maszynką, ten wie, że czasem nie jest to bułka z masłem!] – przywołuje chęć towarzysza w postaci wina. Bo wino służy rozmowie, rozmyślaniom, dyskusjom etc.
Na powyższe okazje niezmiennie kuszą mnie białe wytrawne szardoneje – jak wymawia nazwę tego szczepu moja dobra koleżanka, a ja nie mam odwagi jej poprawić… Moim zdaniem są najlepsze na długie imprezy, przyjęcia, czy też zwyczajne posiadówy, podczas których słowa płyną niczym rwące rzeki, a interaktywnych rozmów doświadcza każdy, choć może nie każdy wie, że można by je tak nazwać. Uwielbiam takie wieczory! Bardzo długie wieczory! Soczyste noce pełne bogatych słów, za którymi potem się tęskni, bo wracają nieczęsto.
Wybieram zatem chardonnay. I zwykle mam zgodę towarzystwa uczestniczącego w seansie nocnych Polaków rozmów na to właśnie wino – wytrawne chardonnay. Zazwyczaj wystarcza moje zapewnienie, że jutro głowa nie będzie boleć. (To również znaczący argument! A docenić go można zwłaszcza a posteriori…) I już wtedy nieważne jest czy beczka była, czy nie. Jeno lekkość, owoce, polot dobrego (felietonu?)… To się liczy.
Prawda to, czy fałsz???
PS Idealnym muzycznym towarzyszem podczas opisanego powyżej wieczoru był ostatni album Bryana Ferry’ego „Olympia”. Bo trzeba umieć ze sceny zacząć schodzić – NIEPOKONANYM (a to dość trudna sztuka, Ferry ma 64 lata i choć wcale na muzyczną emeryturę się nie wybiera, to wielu może mu pozazdrościć stylu bycia na scenie już kilkadziesiąt przecież lat).
„Olympia” to mistrzostwo dojrzałego artysty. Nagrane razem z kolegami z Roxy Music! Niektóre utwory oszlifowane zostały z kolei przez młodych artystów (Groove Armada, Tiga). Zwinne i zwiewne kompozycje okraszone niezmiennie charakterystycznym, stylowym, eleganckim wokalem… Takie, jakie tygrysy lubią najbardziej. „Olympia” w skali Parkera to jakieś 96 punktów.
wtorek, 11 stycznia 2011
Kup pan działkę
Droga – ale nie najdroższa. W ubiegłym roku mieszkańcy Krakowa z zapartym tchem obserwowali negocjacje dotyczące wykupu niewielkiej działki należącej do krakowskich norbertanek, która przez niedopatrzenie znalazła się w samym środku parkingu nowego stadionu Cracovii. Miasto chciało wykupić zapomniany przez geodetów kawałek gruntu ale… siostry wyliczyły, że owe 500 metrów kwadratowych warte jest bagatela 250 000 euro. Finał jest taki, że inwersor działki nie kupił i kawal ziemi leży odłogiem. Norbertanki na razie nie pozwalają zasadzić tam nawet trawy. Gdy jeżdżę tamtędy do pracy – zastanawiam się czy może udało by się namówić siostry na zasadzenie choćby kilku krzewów winorośli – dajmy na to ronda lub jutrzenki. To byśmy dopiero mieli terroir!



