poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Trentino

Blogu mój,
Nadal nie wiem, kim jesteś i nie rozumiem więzi, która mnie z Tobą łączy. Nie pojmuję dialogu, który polega na moim monologu. Mimo to pozdrawiam Cię serdecznie. Jesteś kawałkiem mnie, ale mnie tu nie ma, bo podróżuję.
Z Polski dochodzą niepokojące wieści o podtopieniach, powodziach i innych katastrofach spowodowanych przez wodę. Ja oddycham z ulgą, ba – triumfuję! Jestem jedną z niewielu osób, która otwarcie przyznaje się do tego, że nie lubi wody. No, nie do końca. Przecież uwielbiam pływać. Ciepłe morze, basen, jacuzzi…
Codziennie rano, przy śniadaniu, raczej nie piję kawy ani herbaty, tylko wodę właśnie. Myję się bardzo regularnie. Myję też samochód. Mam kaloryfery. Woda jest więc OK. Ale nie przy dobrym, wykwintnym posiłku. Wtedy musi być wino.
A w Polsce, w Krakowie, podobno wszędzie jest woda. U mnie w Trydencie – wina. Wielkie wina. Niesamowite, jak szybko potrafię się asymilować tam, gdzie kuchnia i wino roztacza przede mną choć troszkę większe możliwości, niż gdy wakacje spędzam w domu…
Pamiętacie Państwo miasto Trydent, to od słynnego soboru? Północne Włochy, nieco poniżej Górnej Adygi, zwanej przez germańskie i inne barbarzyńskie ludy Południowym Tyrolem. W sercu miasta znajduje się katedra z XII wieku. Plac katedralny otaczają gotyckie budowle, głównie mieszczańskie kamienice. Poza miastem doliny są zadziwiająco płaskie, na szczęście gęsto obsadzone winoroślą. Natomiast zbocza piętrzą się na ponad 3 tysiące metrów powyżej poziomu morza. Słońce! Mili ludzie! Wino! Jedzenie! I pomyśleć, że zaledwie sto lat temu krakowianie i trydentczycy byli rodakami w państwie Habsburgów. Dziś oni mają autonomiczną prowincję i męczą się z Rzymem, a my – bez żadnej autonomii – męczymy się z Warszawą...
Jestem w grupie dziennikarzy, czyli zbieraninie osób do mnie podobnych z całej północnej Europy. Mamy poznawać trydenckie wina. Pierwsze spotkanie prasowe zaaranżowano w willi, która była przez wieki letnią rezydencją biskupów Trydentu. Dziś należy do wytwórni Cavit. Siadamy do degustacji. Jej przebieg nie do końca jest zgodny z założonym wcześniej scenariuszem, ale to dobrze. Głównodowodzący imprezą szef do spraw komunikacji w tej winiarni, Luciano (poświęcił niedzielę, by spotkać się z nami, ale chyba trochę mu głupio, bo do marynarki ubrał adidasy) co chwilę wymyśla nowe roczniki i każe personelowi otwierać kolejne butelki.
Przy tym słucha nas, naszych opinii i uwag. Zadaje nam sensowne pytania. Po sympatycznej wymianie zdań, po całej tej długiej dyskusji, mówi do nas: „Dziennikarze piszący o winie nie są od tego, by przekazywać czytelnikom i konsumentom poważną wiedzę. Opowiadajcie im raczej o naszej pasji, o fascynacji, o atmosferze, jaka towarzyszy winom. O przyjemności, o tym, czym wino jest dla Was i czym może być dla nich. Amen.” Przyznają Państwo, że facet ma rację... No to na razie. Kończę. Grazie, Luciano!

Tekst: Szymon St. Kamiński

1 komentarze:

  1. A mnie ciekawi jakie wino lubisz najbardziej i nie konkretnie do czego,tylko tak zwyczajnie,usiąśc sobie z lampką dobrego wina:)))co to za wino by było:)

    OdpowiedzUsuń