Dziś na kolację robię domową pizzę. To nic trudnego, zabiera to tyle czasu, co dogadanie się z panienką z call center jakiejś sieciowej pizzerii, plus ich pieczenie, plus dojazd zdezelowanym polonezem, chyba, że jest upgrade na skuter.
Robię ciasto jak zwykle „na oko”, ale spróbuję odtworzyć proporcje. W wielkim rondlu 30 g drożdży rozpuszczam w szklance cieplej wody, dodaję sól i odrobinę cukru. Czekam kilka minut, buszując w międzyczasie po lodówce w poszukiwaniu fajnych dodatków. Gdzie ten cholerny ser?!?! Wsypuję odrobinę mąki, mieszam włoską drucianą trzepaczką, by mieć jednolitą masę. Dalej dosypuję mąkę.
Gdy trzepaczka napotyka już na zbyt duży opór, przechodzę na wyrabianie ręczne. Zaczynam od dodania 2–3 łyżek oliwy z oliwek i jeszcze dosypuję mąkę, aż do powstania ciasta o odpowiedniej konsystencji. (Proszę nie pytać, co to jest odpowiednia konsystencja.) Nie chcę brudzić stolnicy, więc posypuję blachę z piekarnika mąką i na niej rozwałkowuję połowę ciasta. Druga połowa będzie rozwałkowana na drugiej blasze i mam oto gotowy spód pod dwie pizze. Pomińmy opowieść o układaniu dodatków i cytowaniu reguł, jakich należy przy tym przestrzegać.
Czekam na pizzę, aż się upiecze i przypominam sobie stare dzieje. Konkretnie czasy, gdy byłem jeszcze małą dziewczynką, miałem zaplecione warkoczyki i siedziałem w pierwszej ławce na kursie dla młodych sommelierów. Jednym z naszych nauczycieli był wtedy renomowany, bardzo doświadczony włoski enolog Franco Pastore. Po znakomitych wykładach zasypywaliśmy go oczywiście masą pytań.
Szczególnie zapamiętałem taką ciekawą rozmowę. Ktoś z moich kolegów zapytał, jak poradzić sobie z wielodaniową, elegancką kolacją, kiedy to konieczność podawania win lekkich i poważniejszych, białych i czerwonych przeplata się nieustannie i trudno trzymać się kanonu: białe przed czerwonymi, cięższe po lekkich, słodsze po wytrawnych. Franco uśmiechnął się i odpowiedział, że przecież miała to być e l e g a n c k a kolacja, a więc góra dwa dania plus dwa wina i to zawsze da się sensownie skomponować. – Zaraz, zaraz, Franco – zerwałem się na równe nogi – przecież to Twoi rodacy nauczyli mnie, że jak mam gości, to podaję sekwencję: antipasti (przystawki), primi (dania pierwsze, z reguły risotto albo makaron), zuppe (zupy), secondi (drugie dania), formaggi (sery), dolci (desery) i jeszcze na koniec caffé. Wychodzi jak nic: sześć dań i sześć win do tego! A Franco z tym samych uśmiechem: – To, o czym mówisz, to zwykłe obżarstwo. A miała być e l e g a n c k a kolacja. Elegancji musi towarzyszyć prostota. Dwa dania i dwa wina. Basta cosí!
Jeszcze ciekawiej było, kiedy Franco nam zadawał pytania. Jak myślicie, dlaczego butelka wina ma zwykle pojemność 0,75 litra? Nie mieliśmy pojęcia. Każda hipoteza wydawała się niedorzeczna. W końcu Franco zdradził nam prawdę: – Bo to jest dokładnie tyle, ile dwie osoby, najlepiej mężczyzna i kobieta, powinni wspólnie wypić do jednego posiłku. Jednak gdyby wszyscy ludzie byli tacy jak ja i Szymon (to do mnie!), butelki byłyby zapewne znacznie pojemniejsze...
Kolejne pytanie od Franco: – Jakie wino polecilibyście do pizzy? – Białe, beczkowane, bo to danie z pieca! – wyrywa się klasowy prymus. – Ależ skąd, decydują dodatki! – woła ktoś z drugiego końca sali. Burza mózgów i… brak efektu. A Franco z uśmiechem odpowiada: – Sommelierzy we Włoszech raczej są zgodni. Do pizzy najlepiej pasuje szklanka dobrego zimnego piwa!
Ja tu piszę, a pizza w piecu. Mam nadzieję, że jeszcze się nie spaliła. Dylemat: biec do lodówki po piwo, czy prosto do piekarnika? Tak czy owak – niech żyje Franco Pastore!
Tekst: Szymon St. Kamiński
0 komentarze:
Prześlij komentarz