sobota, 15 stycznia 2011

Chardonnay i Bryan Ferry

Nigdy o tej porze, gdy jestem w towarzystwie przyjaciół lub raczej ludzi, których cenię i którzy są dla mnie ważni i bliscy z rozmaitych powodów, nie zastanawiam się, czy dobrze wybrałam…

Jest dosyć późna pora, bo 2.39. Do rana coraz bliżej i nie wiadomo już, czy zostać na nogach, czy paść bezbronnie na łóżko (Virginia Woolf nie miałaby tego problemu). Sytuacja bycia jedynym homo sapiens na tych zamkniętych kilkudziesięciu metrach kwadratowych (bo przecież kotów ani pasztetu sojowego w piekarniku liczyć nie mogę, choć i ci pierwsi i ten drugi przejawiają oznaki człowieczeństwa – o tak!) to poniekąd sytuacja bardziej komfortowa, niż gdybym była w towarzystwie i sączyła od kilku godzin (jakiś) alkohol.


Niejeden zatrzyma się w tym miejscu i zastanowi, jak długo jeszcze enigma ta potrwa. Już niedługo! Bo – chodzi mi oczywiście o – wino. Tzw. nocne Polaków rozmowy lub nawet ich brak, a w zamian – wielość rozmaitych przemyśleń nad miską mielonej soi lub krnąbrnych marchewek i pietruszek [kto choć raz mielił warzywa niedawno zakupioną maszynką, ten wie, że czasem nie jest to bułka z masłem!] – przywołuje chęć towarzysza w postaci wina. Bo wino służy rozmowie, rozmyślaniom, dyskusjom etc.

Na powyższe okazje niezmiennie kuszą mnie białe wytrawne szardoneje – jak wymawia nazwę tego szczepu moja dobra koleżanka, a ja nie mam odwagi jej poprawić… Moim zdaniem są najlepsze na długie imprezy, przyjęcia, czy też zwyczajne posiadówy, podczas których słowa płyną niczym rwące rzeki, a interaktywnych rozmów doświadcza każdy, choć może nie każdy wie, że można by je tak nazwać. Uwielbiam takie wieczory! Bardzo długie wieczory! Soczyste noce pełne bogatych słów, za którymi potem się tęskni, bo wracają nieczęsto.

Wybieram zatem chardonnay. I zwykle mam zgodę towarzystwa uczestniczącego w seansie nocnych Polaków rozmów na to właśnie wino – wytrawne chardonnay. Zazwyczaj wystarcza moje zapewnienie, że jutro głowa nie będzie boleć. (To również znaczący argument! A docenić go można zwłaszcza a posteriori…) I już wtedy nieważne jest czy beczka była, czy nie. Jeno lekkość, owoce, polot dobrego (felietonu?)… To się liczy.

Prawda to, czy fałsz???

PS Idealnym muzycznym towarzyszem podczas opisanego powyżej wieczoru był ostatni album Bryana Ferry’ego „Olympia”. Bo trzeba umieć ze sceny zacząć schodzić – NIEPOKONANYM (a to dość trudna sztuka, Ferry ma 64 lata i choć wcale na muzyczną emeryturę się nie wybiera, to wielu może mu pozazdrościć stylu bycia na scenie już kilkadziesiąt przecież lat).


„Olympia” to mistrzostwo dojrzałego artysty. Nagrane razem z kolegami z Roxy Music! Niektóre utwory oszlifowane zostały z kolei przez młodych artystów (Groove Armada, Tiga). Zwinne i zwiewne kompozycje okraszone niezmiennie charakterystycznym, stylowym, eleganckim wokalem… Takie, jakie tygrysy lubią najbardziej. „Olympia” w skali Parkera to jakieś 96 punktów.

0 komentarze:

Prześlij komentarz