piątek, 15 kwietnia 2011

Zupa z grilla

Nadal hucznie świętujemy pięćdziesiąte wydanie Czasu Wina, więc jezcze kilka wspomnieniowych zdań.
Kilka lat temu wraz z naczelnym pojechaliśmy do Urugwaju za zaproszenie tamtejszego ministerstwa rolnictwa. Wiadomo – wyjazd dziennikarski – winnice od rana do wieczora, w każdej degustacja, a po degustacji poczęstunek – naturalnie coś regionalnego, co w danym kraju jest najlepsze. W Urugwaju – sprawa oczywista – tym „cosiem” jest asado – czyli pieczona na grillu wołowina. Mięso tak wysokiej jakości, że zdaniem autochtonów niewymagające macerowania, przyprawiania, a niekiedy nawet solidnego wypieczenia. Naturalnie trzeba spróbować, jest bardzo dobre – ale co za dużo, to nie zdrowo.
Pierwszy posiłek – lunch – dostaliśmy asado, na obiad także niemal wyłącznie grillowane części wołu, a na kolację, tak dla odmiany – wołowina. Kto choć trochę zna Wojtka Gogolińskiego, wie, że uznaje on mięso jedynie w formie gulaszu lub bitek w sosie. A najlepiej, by to mięso było zupą – koniecznie z ziemniakami.

Niestety, pierwszego dnia nie było nam dane spróbować niczego poza mięsami. Następnego dnia zaproszono nas do Mercado del Puerto – największej atrakcji kulinarnej Montevideo. Kto się jeszcze nie domyśla – prawie 90 procent dań to… grillowane na rusztach różne części wołowiny. Podano nam pełen wybór antrykotów, polędwic, wędlin i podrobów. Gogol zjadł jedną kiełbaskę i spasował. Ja usiłowałem wydłubać kawałki mięsa spośród żeber wołowych, natomiast towarzyszący nam dziennikarz, będący jednocześnie wykładowcą na jednej z polskich uczelni, zajadał z apetytem kolejne porcje krwistego mięsa, doceniając osiągnięcia urugwajskiej kuchni. Wojtek patrzył na to z miną wyrażającą równocześnie podziw i zniesmaczenie. Aż wreszcie przemówił. – Panie profesorze, krew panu cieknie po brodzie – zauważył uprzejmie i rzeczowo…

I tak było przez następne dni. Próbowaliśmy doskonałych tannatów i usiłowaliśmy jeść asado. Wojtek jadł coraz mniej. Chudł w oczach – bałem się, że jego waga może spaść poniżej stu kilogramów. Jeszcze bardziej zmartwiony był nasz przewodnik, mieszkający od lat w Montevideo Polak. Gdy po raz kolejny Gogol zapytał, czy naprawdę w całym Urugwaju nie da się zjeść normalnej zupy, nie wytrzymał i obiecał, że sam w takim razie ugotuje Wojtkowi zupę. A jaka ma być? – A kapuśniak! – odparł coraz bardziej wyczerpany Gogol. Jakież było nasze zdziwienie, gdy następnego dnia nasz przewodnik zaprezentował nam duży słój kapuśniaku – tak jak trzeba, z ziemniakami i boczkiem. Podczas odwiedzin w kolejnej bodedze, gdy przyszła pora obiadu i nieszczęsny kucharz już ściągał z rusztu kolejne porcje na pół surowego mięsa – my z nieskrywaną radością wyciągnęliśmy nasz kapuśniak, kazaliśmy go sobie podgrzać i podać. Nie wiem, co bardziej utkwiło mi w pamięci – osłupienie naszych gospodarzy czy dziecięca wręcz radość i szczęście malujące się na twarzy Wojtka, który w końcu mógł zjeść zupę. W dodatku zupę z ziemniakami.

0 komentarze:

Prześlij komentarz