środa, 22 czerwca 2011

Nie tak do końca do szklanki

Od wczoraj na winiarskich forach i blogach wrze dyskusja na temat oświadczenia ministra Sikorskiego, który stwierdził, że jest zbyt mało (jeżeli w ogóle) polskich win o odpowiedniej jakości by podawać je na oficjalnych przyjęciach podczas naszej prezydencji w Unii Europejskiej. W związku z powyższym MSZ postanowił, że na oficjalnych rautach i obiadach podawane będą wina naszych bratanków – Węgrów. Dodatkowo pikanterii całej sprawie dodała informacja o tajemniczej degustacji, która odbyła się w pałacyku ministerstwa, podczas której miano dojść do wniosku, że nasze wina prezentują zbyt niski poziom.
Próbę rozwikłania zagadki i dojścia do mechanizmów wybierania i decydowania o winach w polityce podjął wczoraj Wojciech Bońkowski co na bieżąco referuje na swoim blogu. Dzięki Wojtku i brawo za determinację. Faktycznie ministerstwo coraz bardziej miesza się w zeznaniach. Dobrze by to wyjaśnić i dowiedzieć się kto i w jaki sposób dobiera trunki na najważniejsze stoły Rzeczypospolitej.
Wracając jednak do naszych rodzimych win. To ja się trochę nie dziwię, że minister i jego degustatorzy mieli kłopoty z wybraniem odpowiednich win z polskim rodowodem. Naturalnie znamy kilka, może kilkanaście winnic, w których można spotkać dobre lub nawet bardzo dobre polskie wina – ale czy to wystarczy? Pamiętajmy, że na tego typu spotkaniach goście przyzwyczajeni są do trunków najwyższej klasy. A Polska jak na razie nie jest i pewnie nigdy nie będzie regionem winiarskim pierwszej ligi. Mamy natomiast po sąsiedzku kilka doskonałych regionów węgierskich, gdzie powstają wina, które od stuleci podawane były na polskich stolach. We dworkach, w pałacach i na królewskim dworze. Pewnie także podczas międzynarodowych spotkań. Trzymajmy się więc tradycji. Chwalmy się tym co mamy najlepsze, a nie tym co najlepsze mieć będziemy … kiedyś.

0 komentarze:

Prześlij komentarz