logo

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Świat najlepszy z możliwych

Chyba każdy z nas miał kiedyś – osobliwie w młodości – poczucie, że urodził się zbyt późno. Ja, dla przykładu, utopiony dwadzieścia lat temu w Dostojewskim i Conan Doyle'u, przeklinałem los, który nie rzucił mnie na świat w ostatniej dekadzie XIX wieku, w te londyńskie czy petersburskie mgły, stukot dorożek, półcień lamp gazowych, swąd gustownych fajek i pyrczenie imbryków do herbaty. W czasy, gdy mężczyźni wykazywali jeszcze jaką taką fantazję w ubiorze (był to bowiem moment historyczny – jakże piękny – w którym nie rżnięto gotowych garniturów w standardowych rozmiarach), architekci nie musieli się wstydzić swoich projektów, na ulicy można było spotkać ludzi bez dyplomu magistra i nawet zbrodniarze byli jacyś tacy bardziej pociągający.


Miewałem, a jakże, o wiele bardziej dalekosiężne tęsknoty, choć nigdy nie dałem się ponieść marzeniom głębiej niż do republikańskiego Rzymu.

Z wiekiem, na szczęście, niemądre te mrzonki pryskają jak bańki mydlane. Czas uczy pokory, życie odkrywa ułudę pokus przeszłości. Niech sobie tylko wyobrażę zawartość pompejańskiej amfory, którą usłużny niewolnik ściągnąć by mi miał znad gorącego paleniska, niech sobie pomyślę o majątku, jaki musiałbym – bo jak żyć, panie premierze! – przez długie lata gromadzić, by zapewnić sobie jako tako wyposażoną piwniczkę w wiktoriańskim Londynie czy carskim Petersburgu. Ileż wyrzeczeń kosztowałby mnie łyk dobrego wina do obiadu! Ileż zachodu zadbanie o transport i odpowiednie składowanie! Jakże musiałbym być majętny, by codziennie do kolacji spożytkować coś nowego, nadającego się do picia…

Nie, nigdy, przenigdy! Cóż drętwe garnitury, cóż zmierzch czytelnictwa, cóż globalne ocieplenie! Żyjemy oto w najlepszym z możliwych światów i warto się dobrze zastanowić, nim wymienimy go – nawet jeśli tylko w marzeniach – na inny. W tym bowiem świecie, gdzie byśmy się nie znaleźli (może wyjąwszy pustynię Kyzuł-kum, duże połacie Nepalu i Wysową-Zdrój) w ciągu dwóch kwadransów jesteśmy w stanie kupić wino... no dobrze, może nie znakomite, ale przynajmniej akceptowalne, bez większych błędów i wad, ot: w miarę przyzwoicie wykonane. Zaś włożywszy w to nieco wiedzy i trudu za 50 złotych możemy pozwolić sobie na coś naprawdę ujmującego.

Nigdy jeszcze w dziejach kultury ludzkiej wino nie było tak powszechnie dostępne, tak tanie i ostatecznie rzecz biorąc – uśredniając, uogólniając, równoważąc – tak dobre. Dla miłośników tego napoju nie było jeszcze nigdy tak wspaniałych czasów, jak dziś, kiedy mogą – bez większego trudu – kosztować rarytasów z najdalszych zakątków świata, od Alzacji po Australię, od Wirginii po Veneto.
I wszystko wskazuje na to, że przynajmniej w najbliższych latach gorzej nie będzie. Zostawmy więc na boku przyziemne pasje w rodzaju windserfingu czy kolekcjonowania obrazów i otwórzmy się na świat, który wita nas z otwartymi rękami. Pijmy wino, póki czasu. Będziemy kiedyś o tych czasach opowiadać wnukom.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz