logo

środa, 25 marca 2015

Czy butelka od spodu powinna mieć dziurkę?

 Wśród tysięcznych mitów związanych z winem, których istnienie stanowi rację dostateczną dla istnienia nas, dziennikarzy winiarskich, są także i te mocniej drażniące, irytujące, nie pozwalające się zbyć uśmiechem pobłażania. Należy do nich – szczególnie w Polsce mocno rozpowszechnione – przekonanie, że im większe wgłębienie wymacamy w dnie butelki, tym lepsze wino w niej znajdziemy.

Sprzedawcy wina znają doskonale to uczucie zawstydzenia, gdy natarczywy klient miast spojrzeć ze zrozumieniem na etykietę, usiłuje wepchnąć kciuk pod stojące na półkach butelki. Zwolenników tej spiskowej procedury – Marek Bieńczyk nazwał ją kiedyś „metodą szwagra” – charakteryzuje przy tym nadzwyczajna wręcz zaciekłość ideologiczna. Nie sposób wytłumaczyć im, że są w błędzie. Podejrzewam nawet, że sam fakt odkrycia tej podniecającej wklęsłości z pomocą receptorów dotykowych wpływa u nich istotnie na przekaz wrażeń, jakie następnie kubki smakowe wysyłają do kory mózgowej.

Tych nie będę przekonywał. Może jednak, próbując pokazać skąd się to tajemnicze wgłębienie w butelce wzięło, uda mi się w Czytelnikach nie całkiem jeszcze ogarniętych manią zaglądania pod butelkę zasiać ziarno wątpliwości.



Otóż wgłębienie w butelce jest tak samo stare jak ona sama. Tajemnica jego obecności jest niestety bardziej niż trywialna: chodziło bodaj o to, by butelka stała pionowo. Szklarzowi wydmuchującemu własnoustnie i formującemu własnoręcznie flaszkę nie było łatwo wykonać idealnie płaskie dno. Butelka stoi o wiele pewniej na obręczy zagłębienia, dodatkowo zaś jej konstrukcja jest o wiele bardziej odporna, a to było i wciąż jest rzeczą nie bez znaczenia we flaszkach przeznaczonych do drugiej fermentacji, a więc przy produkcji win musujących wysokiej klasy.

To wyjaśnia dlaczego butelki z wklęsłościami spotykamy przede wszystkim w świecie szampanów, cremantów, franciacort czy cavy. Dlaczego jednak stosowane są także dla win spokojnych? Tu powodów jest kilka, a żaden z nich wprost nie przekłada się na domniemaną wyższą jakość wina.

Po pierwsze – butelka z wklęsłym dnem wydaje się większa. To oczywiste, bo przestrzeń odebrana winu przez wgłębienie musi zostać zrekompensowana nieco bardziej pękatymi „boczkami”. A to z pewnością działa korzystniej na klienta, który – ulegając złudzeniu, że znajdzie w niej więcej wina – chętniej po nią sięgnie.

Pod drugie – butelka z wklęsłym dnem jest zwykle bardziej masywna, wykonana z grubszego szkła, które lepiej chroni zawartość przez wpływem światła i wahaniami temperatury. Taka butelka jest też oczywiście odpowiednio droższa. Teoretycznie więc powinno w niej znaleźć się także droższe wino, przeznaczone do dłuższego przechowywania. Tylko że ten sposób wnioskowania bywa równie złudny, co przekonanie o wysokiej jakości – dajmy na to – książki powzięte na podstawie okładki albo eleganckich butów jej autora. Szczególnie wśród win włoskich znajdziemy dziesiątki przykładów pięknie opakowanych win o stosunkowo przeciętnej jakości. Pamiętajmy przy tym, że czasy, kiedy wino trzeba było chronić dodatkowo grubszym szkłem, należą do przeszłości. Dziś technologia pozwala nam wykonywać butelki równie odporne i równie troskliwie chroniące wino z materiałów o wiele cieńszych, tańszych, co nie pozostaje bez znaczenia także dla naszej troski o środowisko.

Po trzecie wreszcie – wklęsłe dno pomaga nam wówczas, gdy w winie, z czasem, wytrącą się naturalne osady. Dekantowanie wina z butelki o płaskim dniem jest o wiele trudniejsze – każdy najmniejszy ruch powoduje natychmiast podniesienie się mgiełki. W efekcie nawet najlepszy sommelier będzie musiał pozostawić na dnie butelki jakąś piątą część wina. Z oczywistych więc powodów dla czerwonych win przeznaczonych do długoletniego starzenia winiarz wybierze butelkę z wgłębieniem. Ale to w żadnym razie nie znaczy, że każde wino zapakowane w taką butelkę nadaje się do długoletniego leżakowania!

Jest jeszcze kilka ważnych zalet owych ponętnych wklęsłości, także niezwiązanych z jakością samego wina. Każdy sommelier Państwu powie, że z takiej flaszki – wraziwszy kciuk w otwór – łatwiej i precyzyjniej nalewa się do kieliszków. A także: że wino w takiej butelce nieco szybciej można schłodzić (większa powierzchnia styku z substancją chłodzącą).

Wielbicieli butelek z dziurką u spodu radbym zatem ostrzec. Owszem, w winach drogich i znanych są one niemal nieodzowne, ale tu o wiele wiarygodniejszym wskaźnikiem jakości jest po prostu i zwyczajnie cena – w winach tańszych jednak mogą stanowić wyłącznie chwyt marketingowy. Kupując wino na co dzień nie warto zaglądać pod butelkę. Im więcej producent taniego wina wydał na kunsztowną flaszkę, tym mniej włożył w wytworzenie samego wina. Rachunek jest oczywisty.

Drugie ostrzeżenie wyczytałem kiedyś w dyskusji internetowej. Pochodzi od niejakiego Aida Corcorana z Bromley. Przejmuje dreszczem. „Jest 21.50, za dziesięć minut zamykają ostatni monopolowy, a ty myślisz, że masz w butelce jeszcze ze dwa kieliszki wina. Dokładnie o 22.01 odkryjesz, że to jednak niecały jeden kieliszek…”

1 komentarz:

  1. Pan ś.p. Wojciech Sergiel odkrył wpływ takiej wypukłości na kumulowanie i przekazywanie energii do otoczenia i w jednym z wywiadów omawia na przykładzie lampy.

    OdpowiedzUsuń